Nostalgia, Drohobycz, Schulz i ja
George Oscar Lee

[DROHOBYCZ]

Byłem, a właściwie ciągle jeszcze jestem drohobyczaninem chorującym na bardzo rzadką chorobę, którą "Pan Doktor" Benio Loffestiel z Hajfy określił jako "nostalgia acuta drohobyciensis".

I właśnie ta nostalgia za mym rodzinnym miastem skłoniła mnie do odwiedzenia go po raz wtóry od czasów II wojny światowej. Na początku lipca 2001 roku wybrałem się do Drohobycza w towarzystwie mojej córki, mego 16-letniego wnuka Grzegorza i czterech innych członków mojej rodziny z Australii. Wszyscy drohobyckiego pochodzenia.

Po spędzeniu kilku dni w Polsce w Warszawie, Treblince, Kazimierzu, Krakowie, Oświęcimiu i odwiedzeniu miejsc, o które walczyłem będąc młodym podoficerem I Dywizji LWP, polecieliśmy z Warszawy do Lwowa, a stamtąd do Truskawca. Zostawiliśmy bagaż w hotelu i wyruszyliśmy w naszą podróż do Drohobycza.

Drohobycz, miasto mego dzieciństwa, został mi w pamięci jako miejsce zbliżone tylko do raju i tak też opisywałem go moim dzieciom i dzieciom moich krewnych... O pięknościach miasta, o ratuszu, o kasztanowych drzewach przy ulicy Mickiewicza, o mojej powszechnej "Białej" szkole, "Czerwonej" szkole, szkole Św. Jadwigi, o Małym Rynku, gdzie moi rodzice mieli sklep, o chederze przy ulicy Szkolnej ("byś wiedział, że jesteś Żydem"), a przede wszystkim o naszym domu, który należał do mo-jej babki, a mieścił się przy Głównym Rynku 5.

Nic dziwnego, że moje pierwsze kroki w Drohobyczu skierowałem w tamtą stronę, by pokazać młodej generacji ten dom. Moja rodzina patrzyła z rozcza-rowaniem i zdziwieniem na strasznie zaniedbany budynek w samym centrum miasta. Wnętrze domu było rzeczywiście okropne. W zalanym wodą korytarzu rozchodził się obrzydliwy odór. Przyszło mi do głowy, że widocznie od czasu, gdy opuściliśmy ten dom w 1939 roku nikt tu nie sprzątał i o nic nie dbał. Właściwie to moja babka miała dwa domy, drugi był w podwórku od strony ulicy Szkolnej i właśnie tam, na drugim piętrze, mieszkałem z siostrą i rodzicami.

Teraz to duże mieszkanie zostało podzielone na dwa małe mieszkanka. Poprosiłem mieszkającą tam Ukrainkę, aby wpuściła mnie do środka. Takiego brudu, nędzy i biedy to już dawno nie widziałem.

"A szczo wy tutka szukajete?" - spytała. Doprawdy nie wiedziałem, co jej na to od-powiedzieć. "Ten dom należał kiedyś do mojej babki i myśmy tutaj mieszkali".

"A wy chotite widebraty cij dom?"

"Nie, absolutnie nie. My mieszkamy w Ameryce i ten dom jest nam niepotrzebny". To ją znacznie uspokoiło.

Moje amerykańskie i australijskie dzieci patrząc na to wszystko nie mogły zrozumieć, jak ich dziadek i wujek mógł to opisywać jako pałac? Dom był ongiś piękny, bo inni ludzie tu mieszkali!

Przez ulicę Szkolną doszliśmy do rogu Mickiewicza, gdzie Powszechna "Biała" szkoła im. Adama Mickiewicza była i jest do dziś. Nogi same mnie powiodły do mojej pierwszej klasy, tuż z lewej strony przy wejściu.

Czy to było dopiero wczoraj, czy tysiąc lat temu, gdy mój ojciec Jakub zaprowadził mnie w dniu moich urodzin l września po raz pierwszy do szkoły?

"Czy ty, synu, będziesz tutaj stał i płakał za mamą jak ci wszyscy mali chłopcy, czy też będziesz już wielkim chłopcem?"

"Nie tato, ja nie będę płakał".

"No, dobrze synu, pamiętaj tylko jedno, że ty nie jesteś ani lepszy, ani gorszy od nikogo".

Te słowa ojca zostały we mnie na całe życie. Ale wróćmy do naszej podróży. Ze szkoły poszliśmy w stronę Wielkiej Bóżnicy na Łanie. Babka moich australijskich krewnych jest z domu Greis, a jej ojciec był chazanem w tej bóżnicy, tak że dzieci były specjalnie zainteresowane, by ją zobaczyć. Idąc przez rynek, gdzie kiedyś Segal miał swoją wędliniarnię, mijaliśmy jakąś kawiarenkę, gdzie grupa młodych ludzi siedziała na dworze pod parasolami "Marlboro" pijąc piwo i inne trunki.

Widząc grupę obcokrajowców obwieszonych aparatami fotograficznymi, jeden z tych młodych ludzi siedzących przy stole powiedział do nas po niemiecku:

"Willkommen im schoenem Drohobycz". Bez wahania odpaliłem mu: "Es war einmal eine schone Stadt, aber sie ist nicht mehr. Leider, meine Damen und Herren, sind wir keine Deutschen. Wir sind Amerikaner!" Aby to jeszcze silniej podkreślić, dodałem po rosyjsku: "K sożaleniju, my nie Giermancy, my Amierikancy!"

Usłyszałem tylko: "Smotri, kak on choroszo goworit toże po ruski".

Przez Mały Rynek dotarliśmy do Wielkiej Synagogi. Wprawdzie byłem tutaj siedem lat temu, ale takiego zniszczenia tu nie było. Tym razem ta kiedyś jedna z najpiękniejszych synagog w Polsce, wyglądała strasznie, zniszczona przez wandali, z powybijanymi oknami. W tyle budynku był napis "Sieg Heił". Na podwórzu bóżnicy remontowano dwie taksówki.

W ruinach znalazłem pierwszą stronicę Hagady Pesachowej, którą wziąłem, ze sobą i wysłałem dr. Izakowi Awigdorowi, synowi głównego rabina miasta Drohobycza.

Zmęczeni wróciliśmy na noc do Truskawca, by następnego dnia wyruszyć na dalsze zwiedzanie mojego miasta.

To zwiedzanie zaczęliśmy w towarzystwie Ireny Kliger z Drohobycza. Pojechaliśmy do lasu w Bronicy, gdzie hitlerowcy i ich po-mocnicy zamordowali tysiące Żydów i pochowali ich w masowych grobach, obecnie starannie pokrytych betonem. Ale i tego miejsca nie oszczędzili wandale. Wielkie gwiazdy Dawida na grobach były rozbite, podobny los spotkał też tablicę poświęconą pamięci 265 obywateli Drohobycza zamor-dowanych w "dziki" czwartek 19 listopada 1942 roku.

Na tych grobach był po prostu śmietnik, porozrzucane butelki, puszki po konserwach, papiery i szmaty. Bez słowa nasi młodzi ludzie pozbierali te śmiecie do kosza. Na każdym grobie zapaliliśmy świeczki.

Następnym miejscem był "nowy" cmentarz żydowski, bo stary został zniszczony przez Niemców i Sowietów. I tutaj też byliśmy przerażeni wandalizmem. Tyle było pustych, wykopanych grobów, powalone macewy, obraźliwe napisy i rysunki na drodze.

Zdjęcie przedstawiające to specyficzne graffiti było pokazane w polskim magazynie "Viva" 9 kwietnia 2001 r. wraz ze zdjęciem Alfreda Schreyera, byłego ucznia Shulza, mieszkającego w Drohobyczu.

Odszukałem pana Schreyera w mieście i spytałem go, dlaczego nie usunięto tych obraźliwych napisów.

On zwalił winę na satanistów. Ciekawe jest, że i on, i Maurycy Weiss, którego też widziałem w mieście, i Dora Katznelson (nawiasem mówiąc w ogóle nie jest z Drohobycza) żądają, by Yad Yashem zwrócił freski Schulza Drohobyczowi.

Ukraińcy mieli prace Schulza przez 58 lat i nic nie zostało zrobione, by je utrzymać. I gdyby nie pani Pola Kliger (Polka nie Żydówka), żona Artka Kligera, byłego ucznia Schulza, która zwróciła na to uwagę niemieckiej telewizji, to świat by w ogóle nie wiedział o tym, że takie prace istnieją.

Czy prace Schulza powinny wrócić na Ukrainę? Odpowiedź jest bardzo prosta. Nie i jeszcze raźnie. Praca Schulza wisiała przez tyle lat i nikt na to nie zwracał uwagi i jeżeli popatrzymy wokół Drohobycza na tragiczne resztki kultury żydowskiej to trudno nie nabrać przekonania, że jest źle i będzie jeszcze gorzej.

Fakt pozostaje faktem, że willa, w której mieszkał gestapowiec Landau, należała do Żyda, że malarz Schulz był Żydem i jego dorobek należy do narodu żydowskiego.

Jeżeli władze ukraińskie chcą coś zrobić, by zmienić światową opinię, to niech zaczną od remontu Wielkiej Synagogi, trzeba też doprowadzić do porządku cmen-tarz w Bronnicy i "nowy" cmentarz, gdzie jest pochowany Bruno Schulz.

A że tam znajduje się jego grób to wiem od mego bliskiego przyjaciela, też byłego ucznia Schulza, który uczestniczył w jego pogrzebie.

Schulz został zabity tylko i wyłącznie dlatego, że był Żydem. Był drohobyczaninem, mieszkał i tworzył w Drohobyczu, więc powinien spoczywać na wieki właśnie na żydowskim cmentarzu w Drohobyczu.